Wysyłam felieton do „Przeglądu”.
W Lirze z szefem Markiem Jannaszem. Oferuje mu dwie ksiązki. „Las Birnam ruszył ” i „Dziennik zewnętrzny”. Daje mi kilka książek, w tym biografię Młynarskiego. Jest Magdalena Wójcik Zienkiewicz autorka świetnej okładki.
W pobliżu pałacyk Trybunału Konstytucyjnego, kotłuje sie tłumek, to lud pisowski przybywa by bronić Trybunału przed zakusami Tuska. Twarze, ubrania, hasła…tak to lud kiedyś nazywany czernią.
Przyszła paczka z tomikami „Ślad ślimaka”. Okładkę znowu sam wymyśliłem i jest chwalona. Idę tropem dawno wymarłych stworzeń, są jak przybysze z innej planety.
Wiadomość ze „Zwierciadła”, że już nie chcą mojego „Okna z wierszem”. Okazuje się, że minęło dwa i poł roku od kiedy istnieje to Okno. Piszą mi, że pismo jest żywym organizmem i musi się zmieniać, problem, że ja też jestem żywym organizmem, który ma na utrzymaniu żywe organizmy. I szkoda mi poezji, cudnie, że mogłem ją pokazywać na ostatniej stronie pisma przez ponad dwa lata. Do „Zwierciadła” co miesiąc pisałem felieton bodaj od roku 2000. A teraz czas by mój żywy organizm dla pisma zamarł. Taka jest kolej rzeczy.
Piwo ze Zbyszkiem naprzeciw kina Atlantic, ładny ciepły wieczór, tłumy ludzi, jest kolorowo, miasto kwitnie. Dochodzi mój syn Daniel i bierze naszego uroczego kuzyna do siebie do Konstancina, do swojego dworku, na nocleg. Oni obaj prawnicy.
