wczoraj u Julka i Ewy…z Julkiem jestem blisko i serdecznie od dziecka….Julek, bardzo zamożny , najpierw był internistą, ordynatorem, potem przeszczepiał włosy, los obdarzył go znakomitym charakterem i dobrym zdrowiem….umie korzystać z życia, jeździ ciągle to po Polsce to po świecie, niezwykle bogate życie towarzyskie. Świetna kolacja z widokiem a wielki ogród. Niezawodny jako przyjaciel i jako lekarz, zawsze można na niego liczyć, ileż razy ratował mnie z opresji, gdy potrzebowałem recepty lub porady.
Gdy jechaliśmy do Julka zawyły syreny, nawet pod Warszawą ludzie stawali na baczność, to jednak porusza, chociaż powstanie było najpiękniejszym idiotyzmem w naszej historii i teraz hołubimy ten idiotyzm, jak małe dziecko, które nie chcemy by było dorosłe i zmądrzało. Gdy wracaliśmy już blisko naszej ulicy przeszedł na drogę dzik, szedł powoli i dostojnie, pan ulicy…
Zacząłem pisać nowe opowiadanie…ale nie idzie mi łatwo i mała wiara, że z tego coś dobrego będzie.
Za Warszawę do Ani Jędrka, na granicę puszczy Białowieskiej….Ania jest weterynarzem, Andrzej scenarzystą filmowym… Jest z nami Antek, który z Andrzejem ma wspólne tematy filmowe…Staw o który Andrzej bardzo dba, dużo ryb, zarodki przyniosły ptaki na skrzydłach, niektóre Andrzej wpuścił do wody . To już trzeci dzień objadania się, to nie może dobrze się skończyć.