piątek

dobry dzień, na chwilę deszcz a potem słońce idealna temperatura ciepło chłodna…autobusem na Plac Zbawiciela do Iskier, do Wieśka Uchańskiego ..biorę od niego kilka książek, zależało mi na nowej biografii Gałczyńskiego Urbanka. Jest u niego kilka osób, ale dołącza mnie do grona…potem jesteśmy sami, bardzo mu sie podoba mój „Dziennik zewnętrzny” , ale już 40 latkowie zostaną zasypani deszczem nazwisk, które nic im nie mówią. Obiecuje, że będzie jednak przekonywać prezesa Czytelnika, który ma podobne wątpliwości, ale widzę, że będzie to robił bez przekonania. Czuje, że ta książka nie ukaże się w Iskrach ani w Czytelniku.

Spacer przez centrum, oglądam ulice ocieplane drzewami i mała architekturą, więc Złota i okolice, Płac Powstańców Warszawy, ale to jeszcze w toku…potem Stare Miasto i biblioteka Związku Pisarzy. Przy biurku siedzi J. była tu kiedyś bibliotekarką, od lat nie jest, była za to ostatnią partnerką Adolfa Rudnickiego. Na mój widok odkłada książkę, którą czyta , wzdryga się i mówi – Jezus Maria! Pokazuje mi książkę, którą czytała, to mój „Alfabet polifoniczny”, czytała hasło Adolf Rudnicki. Jest tu tylko na półgodziny, poprosiła ją koleżanka by na chwilę ją zastąpiła. To nasze spotkanie i moja książka w jej rękach to niebywały zbieg okoliczności… Co myśleć o takich przypadkach? Pożyczam kilka książek, szuka ich w księgozbiorze, wszystko jej się myli, jest roztrzęsiona.

Wracając wpadam do naszej knajpki wietnamskiej kupić coś na wynos. I spotykam przypadkiem Franka, który kolejką wrócił ze szkoły. Czy nie za wiele przypadków, jak na jeden dzień.

PODYSKUTUJ: