czwartek

w nocy dzik znowu wdarł się do nas, sforsował kartkę , która zainstalowałem na otworze na gazomierz w ogrodzeniu. I narozrabiał.

Rozpacz bo kupiłem w Internecie buty, które  okazały sie chińską podróbka, która świetnie wygląda na fotografii. Nigdy wiece, co za głupota kupować buty w Internecie . Trzeba ja najpierw przymierzyć. Buty są bardzo ważne, uziemniają nas. Te, które kupiłem przypominają baletki. Dobre do chodzenia po domu.

Przepisuję fragmenty ze swoich dzienników. Mieszane uczucia wobec pomysłu na tą książkę. Będę musiał to komuś pokazać, jak dojdę do stu stron.

Okienko na rok 1966

20 sierpień

W ładnej sali Domu Literatury, ocieplonej jasnym drewnem, które pamięta stalinowskie samokrytyki , z widokiem na kolumnę Zygmunta i na Zamek Królewski, odbywa się akt kanonizacji Jerzego Giedorycia. Kończy 90 lat. Laureat jest nieobecny, bo do Polski nie zamierza przyjechać. Rozmawiałem z nim o tym nie raz. Pytałem dlaczego nie przyjeżdża, on, który życie poświęcił dla Polski.  Mówił, że wykorzystano by jego przyjazd politycznie,… że bo to bo tamto… a ja bezczelny nagle mówię: nie chce pan przyjechać bo boi się pan spotkania z czasem, z miastem którego już nie ma, ze światem który umarł? Zamyślił się i nieznacznie przytaknął. Pojawia się Miłosz z Karol, która ma do mnie słabość, pewnie dlatego, że znam angielski, więc umiem serdecznie się nią zając. Miłosz siada obok mnie, niestety tym głuchym uchem. On z kolei kończy 85 lat. Więc też bierze ciągle udział  w procesach własnej kanonizacji. Jako, że usiadł złym uchem, piszę na karteczce,  „czy zgodzi się pan powiedzieć do kamery kilka słów o Andrzeju Bobkowskim, chociaż wiem, że ma pan do niego niejednoznaczny stosunek”. Podkreśla długopisem „nie” w słowie niejednoznaczny. I patrzy na mnie wymownie. Po czym dopisuje „Nie rozumiem tego człowieka”. A ja uwielbiam „Szkice piórkiem” Bobkowskiego. Musiał Bobkowski czymś podpaść Miłoszowi.  Sala pełna osób dostojnych, Międzyrzecki celebruje uroczystość, ma miażdżycę i ledwie żyje, ale umiejętność celebracji u niego nietknięta przez czas. Jest ze mną A., ze swoją świeżą urodą. Powiedziała mi potem z właściwą sobie naiwnością, że nigdy z 24) letnim życiu nie widziała tylu starych ludzi razem i cały czas bała się, że ktoś umrze. Kolejni mówcy zabrali mi niemal wszystkie tematy z mojej ściągawki, więc kiedy wszedłem a mównicę musiałem improwizować. Na szczęście to nie ja mówiłem, mówił ktoś we mnie za mnie. Tak mi się zdarza w sytuacjach publicznych.

 

 

PODYSKUTUJ: