piątek

wspaniała pogoda, letnio ubrany jadę do SPP. Jak zawsze piękne Krakowskie Przedmieście i ten zapierający dech w piersiach widok na Plac Zamkowy i Stare Miasto. W bibliotece  w Domu Literatury jak zawsze pusto, ale przy stoliku gdzie urzęduje bibliotekarka siedzi jeszcze jedna osoba, ma ponad 50 lat , krótko ostrzyżona.  Poczułem, że mnie poznała, to było w jej oczach i trochę się speszyła. Ja jak widomo nie mam nic pamięci do twarzy. Nagła myśl, czy to nie Grażyna Jaroszewicz, w dawnych czasach była tu jedną z bibliotekarek, tu ją poznał Adolf Rudnicki, pisarz kiedyś tak ceniony i popularny , mieszkał na pobliskiej Kanonii. Był wtedy samotny, schorowany, ja wyjechałam do Sztokholmu, więc rok 90 , uznał, że go opuściłem w biedzie. Wielki uwodziciel ,miał najpiękniejsze kobiety w Warszawie. Wtedy już nie był romansowy, sam mi powiedział, że to wykluczone, nie ma na to już siły,  „jakby ktoś mnie mocno uścisnął to bym umarł.” Ale zachodził do biblioteki i zaprosił młodą wtedy bibliotekarkę do swojego mieszkania,  w jednym z najpiękniejszych miejsc w Warszawie. Nie ważne jakie były jej motywacje, zajęła się Adolfem i zamieszkała z nim a on jak  raz zaraz umarł. Jechałam samochodem przez centrum Sztokholmu , gdy w radio usłyszałem wiadomość, że Adolf nie żyje. Pani Grażyna odziedziczyła po nim mieszkanie. I teraz jest obok paryskiej żony Adolfa, (nie żyli za sobą od lat, ale nie wzięli rozwodu ) jest dysponentką jego dziennika  Żona ma 94 lata. I podobno blokuje druk dzienników. A przecież nie zna polskiego. Miałem z panią Grażyną kontakt, gdy pisałem „Dom pisarzy w czasach zarazy”, posłała mi kilka zdjęć Adolfa. Ale po latach wyfrunął mi numer jej telefonu, gdy zmieniałem komórkę. I nie mogłem go odzyskać. Dotarłem z wielkim mozołem do profesora Wróbla, przepisał i opracował kiedyś dzienniki Adolfa, mieszka w Krakowie, już na emeryturze. Odniosłem wrażanie, że ten dziennik i blokada na jego wydanie wydania, to była  dla niego traumą. Spędził nad nim wiele lat . I nie chce teraz do tego wracać. . Przekonałem go jednak by mi przesłał te dzienniki ,są przepisane . Podczytuję je teraz, nie są tak rewelacyjne jak mi się zdawały. Za wiele ledwie muskania piórkiem, zwiewności myśli, za mało mięsa.   Ale są na pewno godne wydania,  oczywiście surowym w wyborze.

Byłem pewien, że paryska żona Adolfa już nie żyje i sprawa dzienników może zostać odblokowana. Znałem tylko dawny adres Adolfa, gdzie mieszka jego „opiekunka” Napisałem do niej list. Milczenie. A był polecony, żadnego zwrotu.  Może zmieniła adres? A teraz spotykam ją w czytelni. Ale nie jestem pewien, pytam . Przedstawia się. Tak, to ona. Mówi, że nie dostała listu, od mnie. Poprosiłem ja by poszła ze mną to pięknego pokoiku z antycznymi meblami z widokiem na kolumnę Zygmunta i na Zamek Warszawski….przylega do Czytelni….Rozmawiamy. Wyczuwam, że dostała mój list, udaje , że nie dostała. Że nie jest z drukiem tych dzienników, a przecież nie ma tam nic o niej,

strasznie zrobił sie ten wpis chaotyczny i bez sensu ….uwikłałem się w wyjaśnianie czegoś co zawikłane i ważne dla mnie  a nie dla czytelnika…nigdy więcej…mój przyjaciel w Toronto wpadł w panikę, że mam udar…

skacząc do puenty. Co istotne – spotkałem przypadkiem kogoś, kogo na próżno szukałem od dawna. Co nie oznacza, że dzienniki Rudnickiego   dostaną zielone światło na druk.  Amen.

Słucham niezwykle ciekawą książkę Grzegorza Piątak o odbudowie Warszawy po 45 roku. Trochę przygasła moja pasja do architektury, w końcu pisałem o niej przez lata, ale nadal raduje mnie wszystko co nowe a ładne, lub co stare i odnowione.   Cieszę się , bo widzę że Franek ma to po mnie, pasjonuje się Warszawą, ciągle ją zwiedza, śledzi co nowe i cierpi, że nie mieszka w śródmieściu bo to jego ulubiona dzielnica.

 

 

 

 

 

 

 

PODYSKUTUJ: