o zmroku do lasu na spacer, wysoki śnieg, zupełnie pusto. Bardzo pięknie, staram się wyciszyć myśli by nie zasłaniały śnieżnego lasu.
Kasuję przypadkiem felieton już prawie gotowy dla „Przeglądu” . Użyłem kilka razy słowa, które wykrzyczeli piloci samolotu, gdy rozbijał się pod Smoleńskiem. Ale do razu zabrałem się by go pisać do nowa, sporo pamiętam. Będzie taki sam, ale inny.
pięć po północy, odtworzyłem felieton i od razu nagrałem go na pendrive a.
Znajoma obudziła się dzisiaj z opuchniętą twarzą pełną plam. Wstydzi się wyjść z domu. Pewnie alergia. Pisze mi o dramacie. Od razu myśl, to jest temat na opowiadanie. Powiedzmy, że dziewczyna jest umówiona tego dnia na randkę z chłopakiem, który jest przejazdem w miasteczku, bardzo jej się podoba, bardzo jej na nim zależy. Wieczorem chłopak wyjeżdża. Ale jak ma się spotkać z taką twarzą. Nareszcie mam temat. Od razu lepszy humor.
Ogień w kominku. Śnieży się zima za oknami. Film i do łóżka. Zasypiając słucham teraz biografii Tuwima. Ciągle jestem w aurze autobiografii Haliny Poświatowskiej.